piątek, 13 września 2013

Chapter Two

Uhm, ten dedykuję każdej osobie, która kiedylokwiek sięgnęła po żyletkę.
Stay strong, kochani!



Próbowała przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia, ale alkohol zbytnio uderzył jej do głowy. Pamiętała tylko to, że Joe Jonas właśnie ją rzucił. Jak nic nie wartą, brudną szmatę. Wystawił ją.
Przeczołgała się na drugą stronę łazienki i powoli, chwiejąc się, wstała. Mocny makijaż rozmazał się na całej twarzy dziewczyny, miała czerwone od płaczu poliki, opuchnięte oczy i ślady łez na policzkach. Co, do cholery, się z nią stało?  Dotknęła palcem kolczyka w brwi i z całej siły pociągnęła, wyrywając go ze skóry. Syknęła z bólu. Z septum uważała bardziej, pozbyła się metalu z twarzy.
W ciszy przyglądała się sobie w lustrze. W pewnym momencie poczuła przypływ furii i zacisnęła prawą pięść, po czym uderzyła w swoje odbicie. Szkło rozbiło się na tysiąc kawałków, tworząc na ręce dziewczyny kilka głębokich ran, z których zaczęła tryskać krew. Dziewczyna poczuła ulgę. Ból psychiczny zastąpił się fizycznym. Złapała za odłamek lustra i odnalazła miejsce, w którym żyły przechodziły przez nadgarstek. Zrobi to? Jej życie już dawno było pozbawione sensu. Nie miała nic do stracenia. Ojciec alkoholik, matka nie żyła. Kto by w ogóle zauważył jej cichą śmierć? Przyłożyła szkło do nadgarstka i zamknęła oczy. Żegnaj, świecie.
-Vanessa!- drzwi gwałtownie się otworzyły. Dziewczyna nie odpowiedziała. Puściła odłamek i zaczęła płakać jak dziecko, któremu zabrano lizaka.- O mój Boże...- podniósł dziewczynę z ziemi i błyskawicznie przeniósł do sąsiedniego pokoju, po czym wybrał numer karetki pogotowia. Ostatnie, co powiedziała, to jego imię: Harry. Potem film się urwał.

***

-To była najprawdopodobniej próba samobójcza, panie Styles.
Że co?! Niby kto próbował się zabić? Dziewczyna otworzyła szeroko oczy i nabrała powietrza w płuca. Poczuła mrowienie w prawej ręce. Spojrzała na nią, ale nie mogła się dowiedzieć, co się stało, bo od przedramienia spowijał ją bandaż. Dobra, nieważne, czas się zbierać. Podniosła się z łóżka. Miała na sobie jakąś okropną, bladożółtą koszulę i tego samego koloru spodnie.  Kiedy ona się w to przebierała?
-A pani gdzie?- usłyszała za sobą. Odwróciła się.
-Do domu- sposępniała.
-Proszę się nie wygłupiać, panno Stewart. Ma pani gościa.
O Boże, to chyba faktycznie jest szpital. Co ona tu robi? Nie przypomina sobie, żeby zachorowała.
Powędrowała z powrotem do łózka, obok którego stał jak kołek jakiś brunet, którego imienia nie potrafiła sobie przypomnieć.
-Van!- krzyknął uradowany, ale trochę przerażony. Lekarz zostawił ich samych w pomieszczeniu.
-Co ja tutaj robię...Harry, tak?- chłopak pokiwał głową.
-Wyciągnąłem twój adres. Chciałaś...chciałaś się zabić, Vanesso.-przełknął głośno ślinę, łapiąc dziewczynę lekko za chory nadgarstek.
Niemożliwe. A może jednak? Chyba coś jej świta.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Położyła się na łóżku i wbiła nieobecny wzrok w sufit.

*Harry*

Poczułem ogromny ból w okolicach klatki piersiowej. Gdybym przyszedł wcześniej, zaledwie kilka minut wcześniej, nic takiego by się nie wydarzyło. A co by się stało, gdybym poczekał, aż sama otworzy mi drzwi, zamiast niegrzecznie się wpychać do jej domu? Nie żyła by.
-Dlaczego tu ze mną jesteś?- usłyszałem. Brunetka odezwała się do mnie po raz pierwszy, odkąd tu jesteśmy. Spojrzałem prosto w jej orzechowe oczy. Jak taka piękna, niewinna dziewczyna, miała ochotę popełnić samobójstwo?
-Panie Styles, proszę za mną.- powiedział lekarz, zanim zdążyłem odpowiedzieć. Podążyłem za wysokim mężczyzną w fartuchu.- Dobrze, sytuacja jest taka. Pańska dziewczyna nie straciła wiele krwi i nie ma poważniejszego uszczerbku na zdrowiu, ale martwię się o jej stan psychiczny. Zalecałbym konsultację z psychologiem, a już dziś Vanessa dostanie wypis.
-Uhm...Moja dziewczyna, taaak.- odparłem, czując, jak przewraca mi się w żołądku- Tak, oczywiście. Mam dużo pracy, może się wypisać teraz?


*1,5 godziny później*

Jechaliśmy w ciszy. Co chwilę tylko pytałem o drogę, a Vanessa odpowiadała jednym słowem. Próbowałem zacząć jakiś temat do sensownej rozmowy, ale nie odpowiadała, więc dałem sobie spokój.
-Twoi rodzice pewnie się martwią, że nie wróciłaś na noc- zagadnąłem, kiedy zbliżaliśmy się ku celowi.
Spojrzała na mnie po raz pierwszy, odkąd jechaliśmy samochodem.
-Ja nie mam rodziców- odparła beznamiętnie.
-Och. Jejku, przykro mi, nie powinienem pytać...
-Nic się nie stało- machnęła ręką na znak obojętności, ale widziałem, że jest jej trochę ciężko.
-Więc mieszkasz...
-Sama. Teraz w prawo.- odparła.- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie, które zadałam Ci w szpitalu.
-Dlaczego z tobą zostałem?- uśmiechnąłem się pod nosem- Nie mógłbym Cię zostawić. Znalazłem Cię tam, chciałaś rozciąć sobie żyły.- zatrzymałem się na poboczu, zaparkowałem samochód i złapałem ją za ręce- Ten idiota nigdy więcej Cię nie zrani, rozumiesz?
Nie miała dosyć odwagi, żeby spojrzeć mi w oczy, ale i tak widziałem, jak płacze. Strużki wody spływały po jej bladych policzkach.
-Skąd wiesz...?
-Joe Jonas to dziwkarz, idiota i sukinsyn- nie odpowiedziałem jej na pytanie tak, jak oczekiwała, więc tylko mruknęła coś pod nosem i wbiła wzrok w okno.- Van.- pochyliłem się i pocałowałem ją w czoło- Masz mnie. Nie znamy się za dobrze, ale mogę Ci obiecać, że nie potraktuję Cię nigdy jak on.- tym razem spojrzała prosto na mnie.
-Wcześniej nie zauważyłam, że, uhm...- zająknęła się- masz takie piękne, zielone oczy.- nie odpowiedziałem, znieruchomiałem. Poczułem, jak na twarz wkrada mi się rumieniec. Dziewczyną odchrząknęła- No, jedźmy już.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz