sobota, 21 września 2013

Chapter Three

A ten rozdział jest dla wszystkich, którzy byli nieszczęśliwie zakochani. Wiedzcie, że ja was kocham.

Za górami, za lasami, a tak właściwie gdzieś w Londynie, była sobie Vanessa Johnson. Nie, żeby była jakaś super sławna czy miała masę kasy; nie miała też żadnych specjalnych umiejętności. A jednak przechodnie spoglądali na nią, zdumieni. Rozmazany makijaż, bandaże na nadgarstkach i za duża, męska koszulka. Szła ulicą Genistry i na kilometr dało się wyczuć jej smutek. Wszystko przez wydarzenia, które nie miały miejsca aż tak dawno temu...

*retrospekcja*

-Jeżeli chcesz, zostań jeszcze chwilę.- zatorował jej drogę do drzwi. W normalnych okolicznościach zdenerwowałaby się nie na żarty, ale on był kimś więcej. To jej wybawiciel, uratował jej życie.
-Nie, dzięki.- chciała się uśmiechnąć, ale wyszedł z tego jakiś grymas.
-Słuchaj, nie chcę, żeby to się tak kończyło- złapał ją za rękę. Czy kiedyś da jej wyjść?- Naprawdę Cię polubiłem.
-Uhm... Mam za sobą ciężki czas. Muszę odpocząć... Ale jedno pytanie nie daje mi spokoju.
-Hmm?
-Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam?- spojrzała na niego podejrzliwie. Chłopak nie odpowiedział od razu, nie chciał kłamać, ale musiał wspomnieć o...
-Jonas mi powiedział.
Dziewczyna parsknęła nerwowym śmiechem. Joe? Nigdy by nawet nie zaczął rozmowy z kimś takim, jak on. Był... Chodzili ze sobą, do kurwy nędzy!
-Nieprawda!- krzyknęła tak głośno, że chłopak podskoczył.- On by mi tego nie zrobił!
-Ale zostawił Cię, kiedy najbardziej go potrzebowałaś!- warknął. Dziewczyna poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Będzie silna. Zacisnęła pięści i spojrzała rozmówcy prosto w oczy.
-Jesteś skończonym idiotą, Styles.
Wyszła z domu chłopaka. Bez słowa pożegnania ani jednego cholernego "dzięki, że mnie uratowałeś"

Ściągnęła ubranie i przejrzała się w lustrze. Gdzie się podziały jej kolczyki? Ten cholerny metal na twarzy dodawał jej pewności siebie! Na podłodze leżało kilka kropel zaschniętej krwi. Skąd one się tu... Och.
Odwinęła nadgarstek.
Jasne. Kolejne blizny, a jak? Przejechała opuszkami palców po wypukleniach. Naprawdę chciała to zrobić?
Dlaczego Jonas jej nie kocha?
Miała lekki mętlik w głowie. Co się właściwie stało, że...


*Harry*

Idiota, idiota, idiota!!!
Kopnąłem z całej siły w ścianę, żeby się wyżyć. Ałć.-syknąłem z bólu. To nie był dobry pomysł.
Muszę coś ze sobą zrobić...
Duże, orzechowe oczy. Idealne, lekko falowane włosy kolorem przypominające mleczną czekoladę. Pamiętam nawet jej zapach... Cholera, nie mogę zapomnieć o tej dziewczynie!
Pachniała brzoskwiniami. Uwielbiam brzoskwinie...
Weź się w garść, Styles!
Muszę coś z tym zrobić. Nie zostawię jej tak... Może... Bym do niej pojechał? Nie. To głupia myśl. A może jednak?
Nie mam w sumie nic do stracenia.

*Vanessa*

All my life
I've waited for the right moment
To let you know...
I don't wanna let you go

Wydaje mi się, czy właśnie słyszę As Long As You're There? To sen...?
Powoli otworzyłam oczy i zorientowałam się, że zasnęłam na kanapie. Dźwięki mojej ulubionej piosenki w wykonaniu Charlice z najnowszego sezonu Glee nie ustępowały. Przetarłam twarz dłońmi i spojrzałam przed siebie, a moje oczy stawały się co raz większe. Nie może być!
Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, kompletnie straciłam głowę. To przez ten anielski, cholerny, zajebisty, idealny, piękny, uzależniający, urodziwy a za razem pociągający uśmiech skierowany w moją stronę.
-Harry? Co Ty tu robisz?
Chłopak o tęczówkach koloru liści lilii nie odpowiedział, tylko podszedł w moją stronę i wyciągnął do mnie rekę. Wspominałam już, że podobały mi się tylko brązowe oczy, zanim nie pojawiły się zielone? Te jego zielone...
Jakiś głos podpowiadał mi, żeby tego nie robić. Właściwie to był najgorszy możliwy moment, właściwie ciągle myślałam o Jonasie, właściwie...
Zapomniałam już, o co chodzi z tym trzecim "właściwie". Teraz liczyła się ta niepowtarzalna chwila.
Pewnym ruchem złapałam jego dłoń, a zareagował niemal błyskawicznie- pociągnął mnie tak, że wylądowałam w jego ramionach. Mogłabym tak w nieskończoność. Chłopak splótł nasze palce w jednej ręce, a drugą objął mnie w talii.
-Mam nadzieję, że umiesz tańczyć- szepnął mi prosto do ucha, a ja w odpowiedzi z furii i radości uśmiechnęłam się chaotycznie. Chciało mi się krzyczeć!
W rytm muzyki zaczął stawiać pierwsze kroki, a ja starałam się za nim nadążyć.

Baby cuz I don't need anything else
but your love...

Mijały minuty, ale dla mnie to była cała wieczność, słodka wieczność. W końcu przestałam się przejmować wszystkim, byłam tylko ja i on. Piosenka dobiegała końcowi.

As long as you're there...

Wszystko nagle umilkło. Cisza. Przyśpieszone oddechy.
I nagle poczułam smak jego ust.

piątek, 13 września 2013

Chapter Two

Uhm, ten dedykuję każdej osobie, która kiedylokwiek sięgnęła po żyletkę.
Stay strong, kochani!



Próbowała przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia, ale alkohol zbytnio uderzył jej do głowy. Pamiętała tylko to, że Joe Jonas właśnie ją rzucił. Jak nic nie wartą, brudną szmatę. Wystawił ją.
Przeczołgała się na drugą stronę łazienki i powoli, chwiejąc się, wstała. Mocny makijaż rozmazał się na całej twarzy dziewczyny, miała czerwone od płaczu poliki, opuchnięte oczy i ślady łez na policzkach. Co, do cholery, się z nią stało?  Dotknęła palcem kolczyka w brwi i z całej siły pociągnęła, wyrywając go ze skóry. Syknęła z bólu. Z septum uważała bardziej, pozbyła się metalu z twarzy.
W ciszy przyglądała się sobie w lustrze. W pewnym momencie poczuła przypływ furii i zacisnęła prawą pięść, po czym uderzyła w swoje odbicie. Szkło rozbiło się na tysiąc kawałków, tworząc na ręce dziewczyny kilka głębokich ran, z których zaczęła tryskać krew. Dziewczyna poczuła ulgę. Ból psychiczny zastąpił się fizycznym. Złapała za odłamek lustra i odnalazła miejsce, w którym żyły przechodziły przez nadgarstek. Zrobi to? Jej życie już dawno było pozbawione sensu. Nie miała nic do stracenia. Ojciec alkoholik, matka nie żyła. Kto by w ogóle zauważył jej cichą śmierć? Przyłożyła szkło do nadgarstka i zamknęła oczy. Żegnaj, świecie.
-Vanessa!- drzwi gwałtownie się otworzyły. Dziewczyna nie odpowiedziała. Puściła odłamek i zaczęła płakać jak dziecko, któremu zabrano lizaka.- O mój Boże...- podniósł dziewczynę z ziemi i błyskawicznie przeniósł do sąsiedniego pokoju, po czym wybrał numer karetki pogotowia. Ostatnie, co powiedziała, to jego imię: Harry. Potem film się urwał.

***

-To była najprawdopodobniej próba samobójcza, panie Styles.
Że co?! Niby kto próbował się zabić? Dziewczyna otworzyła szeroko oczy i nabrała powietrza w płuca. Poczuła mrowienie w prawej ręce. Spojrzała na nią, ale nie mogła się dowiedzieć, co się stało, bo od przedramienia spowijał ją bandaż. Dobra, nieważne, czas się zbierać. Podniosła się z łóżka. Miała na sobie jakąś okropną, bladożółtą koszulę i tego samego koloru spodnie.  Kiedy ona się w to przebierała?
-A pani gdzie?- usłyszała za sobą. Odwróciła się.
-Do domu- sposępniała.
-Proszę się nie wygłupiać, panno Stewart. Ma pani gościa.
O Boże, to chyba faktycznie jest szpital. Co ona tu robi? Nie przypomina sobie, żeby zachorowała.
Powędrowała z powrotem do łózka, obok którego stał jak kołek jakiś brunet, którego imienia nie potrafiła sobie przypomnieć.
-Van!- krzyknął uradowany, ale trochę przerażony. Lekarz zostawił ich samych w pomieszczeniu.
-Co ja tutaj robię...Harry, tak?- chłopak pokiwał głową.
-Wyciągnąłem twój adres. Chciałaś...chciałaś się zabić, Vanesso.-przełknął głośno ślinę, łapiąc dziewczynę lekko za chory nadgarstek.
Niemożliwe. A może jednak? Chyba coś jej świta.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Położyła się na łóżku i wbiła nieobecny wzrok w sufit.

*Harry*

Poczułem ogromny ból w okolicach klatki piersiowej. Gdybym przyszedł wcześniej, zaledwie kilka minut wcześniej, nic takiego by się nie wydarzyło. A co by się stało, gdybym poczekał, aż sama otworzy mi drzwi, zamiast niegrzecznie się wpychać do jej domu? Nie żyła by.
-Dlaczego tu ze mną jesteś?- usłyszałem. Brunetka odezwała się do mnie po raz pierwszy, odkąd tu jesteśmy. Spojrzałem prosto w jej orzechowe oczy. Jak taka piękna, niewinna dziewczyna, miała ochotę popełnić samobójstwo?
-Panie Styles, proszę za mną.- powiedział lekarz, zanim zdążyłem odpowiedzieć. Podążyłem za wysokim mężczyzną w fartuchu.- Dobrze, sytuacja jest taka. Pańska dziewczyna nie straciła wiele krwi i nie ma poważniejszego uszczerbku na zdrowiu, ale martwię się o jej stan psychiczny. Zalecałbym konsultację z psychologiem, a już dziś Vanessa dostanie wypis.
-Uhm...Moja dziewczyna, taaak.- odparłem, czując, jak przewraca mi się w żołądku- Tak, oczywiście. Mam dużo pracy, może się wypisać teraz?


*1,5 godziny później*

Jechaliśmy w ciszy. Co chwilę tylko pytałem o drogę, a Vanessa odpowiadała jednym słowem. Próbowałem zacząć jakiś temat do sensownej rozmowy, ale nie odpowiadała, więc dałem sobie spokój.
-Twoi rodzice pewnie się martwią, że nie wróciłaś na noc- zagadnąłem, kiedy zbliżaliśmy się ku celowi.
Spojrzała na mnie po raz pierwszy, odkąd jechaliśmy samochodem.
-Ja nie mam rodziców- odparła beznamiętnie.
-Och. Jejku, przykro mi, nie powinienem pytać...
-Nic się nie stało- machnęła ręką na znak obojętności, ale widziałem, że jest jej trochę ciężko.
-Więc mieszkasz...
-Sama. Teraz w prawo.- odparła.- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie, które zadałam Ci w szpitalu.
-Dlaczego z tobą zostałem?- uśmiechnąłem się pod nosem- Nie mógłbym Cię zostawić. Znalazłem Cię tam, chciałaś rozciąć sobie żyły.- zatrzymałem się na poboczu, zaparkowałem samochód i złapałem ją za ręce- Ten idiota nigdy więcej Cię nie zrani, rozumiesz?
Nie miała dosyć odwagi, żeby spojrzeć mi w oczy, ale i tak widziałem, jak płacze. Strużki wody spływały po jej bladych policzkach.
-Skąd wiesz...?
-Joe Jonas to dziwkarz, idiota i sukinsyn- nie odpowiedziałem jej na pytanie tak, jak oczekiwała, więc tylko mruknęła coś pod nosem i wbiła wzrok w okno.- Van.- pochyliłem się i pocałowałem ją w czoło- Masz mnie. Nie znamy się za dobrze, ale mogę Ci obiecać, że nie potraktuję Cię nigdy jak on.- tym razem spojrzała prosto na mnie.
-Wcześniej nie zauważyłam, że, uhm...- zająknęła się- masz takie piękne, zielone oczy.- nie odpowiedziałem, znieruchomiałem. Poczułem, jak na twarz wkrada mi się rumieniec. Dziewczyną odchrząknęła- No, jedźmy już.

poniedziałek, 9 września 2013

Chapter one

Z dedykacją dla Anity, kocham Cię.

-Napijesz się kawy?- lekki uśmieszek wkradł się na usta bruneta, kiedy dziewczyna zmierzyła go lodowatym spojrzeniem i najwyraźniej starała się zabić go wzrokiem- Uważaj, bo zaraz się spalę.- zaśmiał się uroczo.
Nie podobał jej się ten chłopak. Nie podobał jej się nikt, kto nie był nim. Właśnie, Jonas! Będzie wściekły, że nie przyniosła mu na czas... Może jeszcze zdąży?
-Która godzina?-odezwała się pierwszy raz, odkąd weszli do Starbucksa.
-Po 16. Wow, odezwałaś się.- zaczął bić brawo, co przykuło uwagę innych klientów kawiarni. Dziewczyna głęboko westchnęła.
-Harry, miło było i w ogóle, ale muszę się już zbierać. Jestem...umówiona.
Dziewczyna powoli odsunęła krzesło. Jedyne, o czym teraz marzyła, to wydostanie się z pomieszczenia, w którym był ten psychol i jak najszybsze znalezienie się obok Joe.
Jej plany pokrzyżował przezroczysty woreczek, który wysunął się z kieszeni jej czarnych rurek. Do połowy zapełniony białym proszkiem. Nie umknęło to uwadze Hazzy, który był szybszy od brunetki i jednym ruchem podniósł opakowanie. Dziewczyna podeszła do niego, żeby mu to wyrwać, ale złapał ją za oba nadgarstki, unieruchamiając.
-Nie niszcz siebie- powiedział cicho, niedosłyszalnie, żeby nikt ich nie usłyszał.
Dziewczyna spojrzała mu w oczy. Cisza. Przyspieszone oddechy. Znacie ten moment, w którym wszystko nagle znika? To, kim była powierzchownie, złamało się. Jak mogła do tego dopuścić?
-Hej, nie płacz.- po tych słowach zorientowała się, że naprawdę płacze. Nie robiła tego od tak dawna!
Wyrwała się chłopakowi. Uciekła. Otarła łzy. Czas powrócić do rzeczywistości.

***

-Jak to ich nie masz?-warknął chłopak. Jego źrenice przypominały spodki. "Pewnie brał", pomyślała.
-Dam Ci swoje. Chcesz?- bez słowa wyrwał dziewczynie woreczek, zatkał jedną dziurkę i wciągnął biały proszek. Westchnął z rozkoszy.
Zamknęła oczy. Jonas nie był idealny, ale nadal był tym jedynym.
Kiedy je otworzyła, znajdował się tuż przy niej. Poczuła zapach jego cytrynowego szamponu. Chłopak spojrzał na nią z pożądaniem, a ta poczuła, jak przewraca jej się w żołądku: jednocześnie z nieopanowanej chęci wpicia się w jego ponętne usta, a z drugiej strony odrazy w stylu "on jest na fazie". Co było w Jonasie takiego pociągającego, że jej się podobał?
Zrobił krok w jej stronę i ich usta gwałtownie się zetknęły. Poczuła, jak po jej ciele przebiegają dreszcze.

***

Chłopak uśmiechnął się do siebie. Dziewczyna była naprawdę ładna, ale znał ten typ. Chamskość znika po kilku minutach. Aby nie siedzieć samemu w kawiarni jak jakiś czub, wyszedł na świeże powietrze. Obejrzał się naokoło, po czym wysypał zawartość opakowania po chodniku, a pudełko wyrzucił.Wiedział, że dziewczyna a tego więcej, ale możliwe, że pomógł jej chociaż trochę.
Musi ją odnaleźć. Wie tylko, że ma na imię Vanessa. Ugh... Ale wie też, z kim może się zadawać.
Wyjął z kieszeni komórkę i zaczął szukać numeru w kontaktach.
Odebrał po trzech sygnałach.
-Czego, Styles?- warknął chłopak.
-U mnie wszystko dobrze, też miło Cię słyszeć.- zaśmiał się pod nosem- Słuchaj, potrzebuję namiary na Vanessę. Wiesz, o którą mi chodzi?
-Po cholerę Ci one?- odparł. Chłopak westchnął głęboko, zanim odpowiedział.
-Słuchaj mnie uważnie, Jonas. Nie obchodzi mnie, ile dziewczyn wrobiłeś. Jeżeli mam być szczery, w ogóle przestałeś mnie obchodzić- przełknął ślinę na wspomnienie przyjaźni z Jonasem- Ale przez Ciebie ludzie się niszczą. Nie dopuszczę do tego więcej.
Krótka cisza po drugiej stronie linii.
-Co mi zrobisz?- zapytał drwiącym, ale i łamiącym się głosem. Harreh uśmiechnął się. Był pewny, że Jonas wie, o co chodzi.
-Och, nie oszukujmy się, przyjacielu.- zaśmiał się serdecznie- Przecież obaj wiemy, o czym mówię. A teraz powaga: zostaw dziewczynę w spokoju, bo inni dowiedzą się o twojej słodkiej tajemnicy.- rzucił słuchawką.

***

Joe poczuł, jak krew mrozi mu się w żyłach. Do czego zdolny był ten lokowaty palant? Do wszystkiego, Jonas dobrze o tym wiedział. Wrócił do sypialni, w której zostawił dziewczynę. Pozbędzie się jej.
-Słuchaj, Van, lepiej będzie, jak już pójdziesz.- dziewczyna zrobiła wielkie oczy.
-Ale... teraz?
-Najlepiej będzie, jak w ogóle przestaniemy się kontaktować. Sorry, tak wyszło.- pokazał dziewczynie drzwi.
-Co Ci znowu odjebało, Jonas?!- warknęła, zakładając na siebie bluzkę, którą jeszcze przed chwilą z niej ściągnął.- Nadal masz fazę?
-Mówię poważnie, wynocha. Odpierdol się od mojej paczki, jasne?
Dziewczyna prychnęła i z trzaskiem drzwi opuściła mieszkanie. "Jeden problem z głowy", pomyślał.

poniedziałek, 2 września 2013

Prologue

Środek czerwca, gdzieś w mieście.
Chłopak pochylił się, zbierając z podłogi kartki, które rozsypały się po różnych częściach korytarza.
-Powinnaś bardziej uważać- rzekł z uśmiechem, podając dziewczynie stosik papierowych stron. Dziczyna spojrzała na niego gwałtownie. Co ten palant sobie wyobraża? To on na nią wpadł, i przez niego najpewniej spóźni się na autobus. Ten podchwycił jej spojrzenie, co sprawiło, że uśmiechnął się jeszcze szerzej.
-Z czego ryjesz, palancie?- warknęła. Była pewna, że przestanie się uśmiechać, ale tego nie zrobił. Co jest z tym chłopakiem nie tak?
-Wyglądasz śmiesznie. Trochę jak krowa, z tym kolczykiem w nosie.
Dziewczyna zrobiła się czerwona na twarzy. Powoli zacisnęła pięści. Nikt nie będzie jej obrażał. Jedyną osobą, której zdanie się liczy, jest ona sama, no i Joseph.
-Coś Ci się nie podoba w moim wyglądzie?- odparła oschle, wyrywając mu kartki z ręki.
-Pomyślmy... Po co Ci ten cały metal na twarzy? I te włosy... Naturalnie jesteś brunetką, nie? Dalej będzie twój strój i...
-To była ironia.- westchnęła- Dobra, śpieszę się.
-Czekaj, nie dałaś mi skończyć- złapał ją za nadgarstek- Za to masz śliczne oczy i gdyby nie te ogromne kreski, wyglądałyby całkiem ładnie.
-Uhm.- to jedyne, na co się zdobyła. Czy Joe kiedyś jej to powiedział? Nie, raczej jej nie komplementuje. "Jeszcze będzie mój, to tylko kwestia czasu"- pomyślała z nadzieją.
-I po co Ci to wszystko?- zapytał chłopak, kładąc ręce na jej ramionach. Dziewczyna nie poruszyła się, ale też go nie odepchnęła. Nie może ujawniać swojego prawdziwego JA przed tym chłopakiem. Nie rozklei się...
-To długa historia?- rzuciła, na co chłopak spojrzał na zegarek.
-Mamy mnóstwo czasu. Tu obok jest taka kafejka, super miejsce. Chodź!
-No nie wiem, mam autobus i...
-Podwiozę Cię. No dawaj, nie daj się prosić, ...?
-Vanessa- jęknęła.
-Miło mi, jestem Harry. I zamierzam zrobić z Ciebie dziewczynę.

Mniej więcej trzy miesiące wcześniej.

Z ostatnim westchnieniem spojrzała na chłopaka przemierzającego korytarz i skręcającego do sali matematycznej. Jonas jest taki idealny! A pewnie nawet nie wie, jak ma na imię...
Joe usiadł na parapecie obok paczki swoich przyjaciół. Van różniła się od nich pod każdym wzgędem. Koszulki rockowych zespołów, piercing na twarzy, tatuaże... On trzymał się tylko z takimi ludźmi.
Co musi zrobić, żeby ją zauważył?
Nagle dziewczynie wpadł do głowy niegłupi pomysł.
Musi stać się taka, jak oni.